kulinarne

Z kwiatka na kwiatek.

Luty 14

Nie wiem na czym polega ten fenomen, że kiedy wylewam żale tak wiele osób się aktywuje, a kiedy napiszę o Tymku zapada cisza?
Oczywiście dziękuję za szerokofalowe wsparcie i tu i w realu, poczułam się wysłuchana, przez większość zrozumiana. Ulżyło mi!
Przykro mi, że część z Was ma podobne odczucia względem swoich znajomych, bo z autopsji wiem, jak smutny to stan…
Jak będę dorosła i super bogata to kupię sobie odrzutowiec i będę Was odwiedzać po kolei! Albo jeszcze lepiej, zaproszę Was na pokład i zrobimy sobie super imprezkę! :D

Mam nadzieję, że między wierszami czujecie, że humor mam dużo lepszy. ;)

I jeszcze dla jasności – Tyma nie zamieniłabym na nikogo ani na nic. Wiem, że każda minuta jest na wagę złota, choć czasem minuty ciągną się jak godziny… ;)

Dziś walentynki. Nie celebrujemy ich wcale. Nie nasz klimat. Owszem, podarowałam Tomkowi trufelki, na które miał ochotę od poniedziałku. I wyznałam miłość na tablicy. Różową kredą. ;)

Jednak nie wyszliśmy na romantyczną kolację, ani do kina czy teatru. W planach był film, ale zabrakło czasu. ;) Za to pobyliśmy dziś ze sobą tak zwyczajnie. Swojsko, znajdując czas na rozmowę i włócząc się po Skłodowskiej.
Lubiłam naszą kawalerkę tam. Nie lubiłam faktu, że mieszkaliśmy na szczycie góry i ostatnim piętrze, ale to było mieszkanie, w którym czułam się jak u siebie.
Tu, w obecnym wciąż mi obco. Chyba przez poczucie tymczasowości. (I oby okazało się, że to faktycznie tymczasowo. ;)) Drażni mnie nieustawność pokoi, nasz brak ogarnięcia, mieszkamy tu już pół roku, a do tej pory szafy nie są uporządkowane jak to planowałam. I chaos się tu wdarł. Wiadomo, aspiracji na perfekcyjną panią domu nigdy nie miałam, ale to co teraz się dzieje, to nawet dla mnie za dużo. ;)

Dziś zaczynając pisać czułam, że będę skakać po tematach, stąd ten tytuł.

Za to kuchennie czuję się nawrócona. Już chyba nieraz pisałam, że nie umiem gotować.
W ogóle mnie to nie kręciło, kiedyś bardzo dużo piekłam, ale po urodzeniu Tymka nie umiem się zmotywować.
Od jakiegoś czasu sama gotuję Timkowi obiady. Czasem aż mi ślinka cieknie pachną!
Wielkiego pola do popisu nie mam, robię miksy warzywne w różnych kompozycjach (marchewka, brokuł, cukinia, pietruszka, ziemniak, burak, kalafior, brukselka, groszek, fasolka szparagowa, wczoraj pierwszy raz podałam pomidora, zastanawiam się nad kukurydzą i szpinakiem) dodając mięsko z kurczaka albo łososia, kupiłam kawałek wołowiny ostatnio, ale ostatecznie wrzuciłam do zamrażalnika, bo nie wiem jak to ugotować, żeby nie było twarde. A dla „zagęszczenia” zupek do konsystencji dana dodaję różne kasze, ryż lub płatki ryżowe (ostatnie robią szał!).
W naszej rodzicielskiej diecie też próbuję wprowadzać innowacje, bo żywiliśmy się głównie „pomysłami na” i gotowymi daniami, teraz mniej więcej 5-6 obiadów tygodniowo jest gotowanych NA PRAWDĘ!
Nie zawsze mi wychodzi tak super jak bym chciała, czasem  ogóle poniesie mnie fantazja i do jedzenia się owo coś nie nadaje, ale myślę, że wchodzimy na dobrą drogę. Staram się jeść śniadania, to też spory postęp. Gdyby dało radę wyeliminować słodycze z naszej diety w ogóle byłoby cudnie. (A na talerzyku leży ta trufelka czekoladowa i pachnie, aż się w głowie kręci ;))
Aha no i kalarepka rządzi!

A co do przepisu na cieciorkowe chrupki. Cóż. Moje wyszły paskudne, zjadłąm dosłownie jedną kulkę i wystarczyło.
Ale może ktoś lubuje się w dziwnych smakach:
Paczkę cieciorki zalać na 12 godzin w wodzie, ugotować zgodnie z opisem na opakowaniu, posypać ulubionymi przyprawami (ja dałam sól morską, słodką paprykę i czosnek granulowany) można dodać 2 łyżki oliwy i piec 40-50 minut w piekarniku.

I na koniec Tymek wspinacz wysoko-krzesłowy dorwał się do zakazanych kabli, a jak zobaczył, że robię mu zdjęcie to jeszcze zapozował i pięknie się uśmiechnął! Łobuz! ;)