Bruno | pieluchy | życie prywatne

Ekodziecko?

Marzec 11

Kiedy dowiadujemy się, że niedługo na świecie pojawi się nowe dziecko jedną z pierwszych myśli jest – „trzeba zacząć kompletować wyprawkę”. W głowie przewija się niekończąca lista ubranek, akcesoriów, mebli niezbędnych do obsługi maleńkiego człowieka.

W ciąży z Tymkiem dużo czasu spędzałam na forach dla mam poświęconych wychowywaniu i pielęgnacji niemowląt. Byłam pierwszą mamą w naszym otoczeniu od paru ładnych lat, nie miałam więc z kim za bardzo konsultować swoich pomysłów i decyzji. Wiele rzeczy, które znalazły się na naszej liście must-have okazało się niepotrzebne (np. podgrzewacz do butelek – Tymek nigdy nie pił  z butelki, więc i ona siłą rzeczy okazała się zupełnie niepotrzebna). Znalazły się też dwie pozycje, które bliscy widzieli raczej jako dziwactwo i marnowanie pieniędzy (chusta i pieluszki wielorazowe) niż prawdziwą potrzebą. No dobrze, drugie podejście do wyprawki – i wiecie co się okazało?

Że nic w zasadzie nie potrzebujemy! I to nie dlatego, że wszystko zostało po Tymku – szczerze mówiąc nic nam nie zostało – to co nadawało się do użytku powędrowało do małego Stasia, potem Frania i znów wróciło do nas. I w zasadzie zawarłam tu już całą ideę dzisiejszego posta.

Plan przy drugim dziecku były taki, żeby świadomie podejść do konsumpcjonizmu – fakt, w sklepach tony przepięknych rzeczy dla niemowlaków – ale po co kupować kolejne body z uśmiechniętym słonikiem skoro mamy już ze 30 szt w domu – prawda jest taka, że Bruno nie zdążył założyć większości ubranek, które na niego czekały- po prostu wyrósł – ale nic straconego, w sierpniu pojawi się kolejny smyk, który z nich z radością skorzysta.

Z dużych akcesoriów kupiliśmy

  • kosz mojżesza – już przy Tymku zrezygnowaliśmy z tradycyjnego łóżeczka na rzecz dostawki (która też krążyła po kilku domach potem), teraz mamy inne łóżko i dostawka się nie sprawdzi, stąd kosz – ale kupiłam używany na olx w świetnej cenie. :)
  • wanienkę, nie dlatego, że ta Tymka się zużyła – po prostu została w Warszawie.
  • wózek – to najdroższa rzecz w całej wyprawce, ale po przebojach z różnymi pojazdami Tymka wiedziałam, że wózek dla Bruna musi być idealnie dopasowany do mnie.

Wiadomo, nie obyło się bez dokupienia kilku drobiazgów typu pieluchy tetrowe, środki higieniczne czy ręczniki, ale tych kilka rzeczy mogłabym policzyć na palcach u rąk.

Gdzie udało nam się zrobić największy krok ku oszczędności (zarówno finansowej jak i środowiska?)

Oczywiście decydując się na karmienie piersią – tu głównie prosta ekonomia – koszt pożywienia dla Bruna w pierwszym półroczu wynosi 0 zł. Nie umiem przeliczyć jaka to oszczędność, bo zupełnie nie wiem jak karmi się mieszankami (nie orientuję się w cenach ani zużyciu). Jednak jest tu też aspekt ekologiczny – po karmieniu naszego syna (zarówno jednego jak i drugiego) nie zostaną żadne odpady plastikowe – nie mamy ani jednej butelki ani żadnego dodatkowego sprzętu.

Ale karmienie to nie wszystko – zajmijmy się drugą stroną – pieluchowaniem. I znów przywołuję pieluszki wielorazowe. Tu ktoś mądry już policzył, że w ciągu całego okresu kiedy dziecko używa pieluch jednorazowych produkuje ok 1,5 tony śmieci. Nawet nie umiem sobie wyobrazić jaka to może być sterta śmieci, które dziecko zostawia na świecie dla kilkunastu następnych pokoleń. Czy to ma być najtrwalsza pamiątka po człowieku? Ekonomia też jest prosta Dziennie zużywamy ok 10 pieluch, jednorazówka uśredniając to 0.50 gr. Czyli dziennie wyrzucamy z kupą 5 zł. W skali roku 1825 zł! Ładna kwota, co? ;) A dochodzi jeszcze aspekt zdrowotny – w końcu jednorazówki to całkiem świeży produkt – w Polsce dopiero od około 30 lat. Myślę, że rzetelne badania w kwestii bezpieczeństwa tych wszystkich wkładów chłonnych i innych żeli wiążących pojawią się dopiero za jakiś czas…Nie będę Wam ściemniać, używamy też jednorazówek, bo nie zawsze się da, nie zawsze się chce… A czasem po prostu nie wyrabiamy się z praniem… ;)

Nie używamy też nawilżanych chusteczek w domu. Wystarczą nam bawełniane waciki i czysta woda, które świetnie myją małą pupę. :)

Zabawki

I tu temat dla mnie dość świeży, ale mam mocne postanowienie. Bruno przynajmniej w pierwszych latach życia zabawki będzie miał tylko drewniane i materiałowe. Dlaczego?

Bo od dłuższego czasu walczymy z falą kiepskiego plastiku wylewającą się z każdego kąta pokoju Tymka. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że pojedynczo każda zabawka/zabaweczka jest okej, cieszy przez chwilę, ale kiedy dostrzegamy szuflady i półki pełne plastiku, z którego ciężko wyróżnić poszczególne zabawki to ogarnia mnie przerażenie. Druga kwestia to trwałość – drewniane zabawki Tymka spokojnie posłużą Brunkowi i pewnie kolejnym dzieciom. A plastik…? Wiele zabawek jest po prostu połamanych, odbarwionych lub ma pogubione elementy.

No i te wszystkie grajko-błyskotki. Im mówimy – nie dziękujemy! Dlaczego dorośli kupują grające zabawki, a potem odliczają godziny do czasu kiedy padną baterie, bo dźwięk ich denerwuje, ale dzieciom chętnie fundują takie „rozrywki”? Mały człowiek idealnie rozwija się bez zabawek elektronicznych, ma wtedy pole do rozwijania wyobraźni, a z elektronicznym światem i tak przyjdzie mu się mierzyć przez resztę życia…

A Wy jaki macie stosunek do eko podejścia do dziecka? Bliska Wam jest taka idea, czy raczej nie zaprzątacie sobie głowy takimi sprawami? A może Waszym zdaniem takie podejście to przesada i „ekoświrstwo”? A może macie jeszcze jakieś sposoby na bycie bardziej eko? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii!