Bruno | ciąża | życie prywatne

Cześć Bruno!

Luty 2

Czas w grudniu upływał nam pod znakiem oczekiwania.

Nie było to naturalne oczekiwanie, tylko pełne stresu i napięcia, ponieważ pod koniec ciąży pojawiły się niespodziewane komplikacje i masa kontrolnych badań, które wprowadziły lekki chaos w nasze życie. Od końca listopada co tydzień słyszałam – za tydzień kładziemy panią na oddział, po czym kolejne badanie przeprowadzał inny lekarz i zapadała decyzja, że znów widzimy się za tydzień. Ostatecznie skierowanie do szpitala otrzymałam 18 grudnia – zapadła decyzja o wywołaniu porodu. To była dla mnie wielka ulga – już, nareszcie, za chwilę zobaczymy naszego maluszka. Naładowana pozytywną energią po porodzie przyjaciółki nie odczuwałam w ogóle lęku, stresu, a wręcz ekscytację!

21 grudnia przeprowadzono próbę oksytocynową, wszystko było w porządku, dlatego zdecydowano, że następnego dnia wywołają poród. Wieczorem odwiedzili mnie jeszcze Tomek z Tymkiem i mam ostatnie zdjęcie z moim jedynakiem. :)

Następnego dnia o 7 rano trafiłam na salę porodową gdzie podano mi kroplówkę z oksytocyną i rozpoczęło się radosne oczekiwanie na skurcze. Serio radosne – żartowaliśmy sobie z Tomkiem, położna, obejrzeliśmy świąteczny koncert w telewizji, bo zupełnie nic się nie działo. Po pewnym czasie pojawiły się skurcze. Bolesne. A na ktg pisały się maleńkie skurczyki, ale wiem, że czasem tak bywa. Dostałam piłkę, która miała przyspieszyć całą akcję, ale zapominałam, że mam się na niej bujać. Nastąpiła zmiana położnych i ta nowa zabrała mi piłkę, kazała kołysać biodra i, bo inaczej nie urodzę. O 14 przyszedł lekarz i stwierdził, że nie ma postępu, bo wciąż rozwarcie na 2 cm. I to był mój kryzysowy moment. Kiedy usłyszałam, że po tylu godzinach nic nie ruszyło, po prostu się poddałam. Wczołgałam się z powrotem na łóżko z myślą, że umrę z bólu…

A wtedy poczułam rozrywajace skurcze parte. Przestraszyłam się, bo przecież tylko 2 cm rozwarcia były, Tomek pobiegł po położoną, przybiegła jakaś wolna i potwierdziła, że rodzimy!

O 14.55 był już on. Bruno! Kolejny raz zalała mnie fala kosmicznego szczęścia…

Pisze ten tekst dokładnie 6 tygodni po porodzie. Aż ciężko uwierzyć, że czas tak szybko płynie…

Nie pisałam o tym wcześniej bo chciałam, żeby emocje opadły. Tu jest mocno wygładzona historia, bo wszystko skończyło się pięknie. Ale nie będę polecać nikomu szpitala, w którym urodziłam. Nie było źle, ale wiele szczegółów złożyło się na kiepską ocenę całości. Grunt, że Bruno cały i zdrowy jest z nami. (Doprecyzowując, aktualnie leczymy zapalenie płuc w szpitalu, ale to inna historia….)