ciąża | poród | życie prywatne

Cud narodzin

Październik 4

Rodzimy?

Moja przyjaciółka zapytała czy będę z nią przy porodzie. Bez wahania się zgodziłam. Od narodzin Tymka to temat, który mnie interesuje, byłam też ciekawa jak to wygląda, kiedy rodzi ktoś inny.
Niestety los nam spłatał psikusa, bo wody odeszły jej w nocy, mój telefon zaszwankował i nie przekazał połączeń od niej, z resztą maluch urodził się ekspresowo, więc mogłabym nie zdążyć dojechać. No trudno, grunt, że mama i dziecko całe i zdrowe. :)

Ale niecałe dwa lata później podzieliłam się z moimi dziewczynami wiadomością, że Tymek będzie miał rodzeństwo. Uwierzycie, że ta sama przyjaciółka też podzieliła się z nami radosną nowiną? Okazało się, że dzieli nas równe 10 tygodni. Wróciłyśmy do tematu wspólnego porodu. Im bliżej tego wielkiego dnia tym bardziej zastanawiałyśmy się czy tym razem się uda, bo zaczęłam szkołę i w weekendy nie ma mnie w Olsztynie.

We wtorek rano trochę zaspaliśmy do przedszkola, więc naciągnęłam dresy na piżamę i pognaliśmy do przedszkola. W drodze powrotnej dzwoni A., że to już! No i ekstra! Ekspresowo wpadłam do domu, przebrałam się w wygodne ubranie, zabrałam aparat i pognałam do szpitala. A. wybrała szpital, w którym chcę rodzić i ja za kilka tygodni, więc z ciekawością podglądałam wszystko co dzieje się wokół. Izba przyjęć załatwiona dość szybko, standardowe badanie, uzupełnianie dokumentów zajęło ok. 40 minut. A stamtąd trafiłyśmy na trakt. Na wejście rozbawiłyśmy położne, że oto przybyły dwie ciężarne do jednego porodu. :)

Sala numer 4.

Ogólnie szpital sprawia wrażenie czystego, wyremontowanego. Nawet na facebookowych grupach można przeczytać, że remont oddziałów ginekologicznych niedawno się skończył. Widocznie ominął sale porodowe.
W poprzednim szpitalu, w którym rodziłyśmy obie sale sprawiały bardzo dobre wrażenie, urządzone były gustownie i schludnie. Tutaj, no cóż… Brudno nie było, ale remontu od dawna też nie. I duży minus za brak kanapy dla osoby towarzyszącej. Tutaj było krzesło biurowe dla położnej i taborecik obrotowy dla lekarza. Oczywiście korzystałam z nich pod nieobecność personelu, nie mięli nic przeciwko. W sali brakowało nam (no przede wszystkim rodzącej) prysznica. Pół sali zajmowała wanna, niestety bardzo widoczna wprost z drzwi wejściowych, jakąś tam namiastkę intymności dawał mały parawan.
No, ale wiadomo, w porodzie nie warunki są najważniejsze, a profesjonalna, zaangażowana i przyjazna położna. I na taką trafiłyśmy, a właściwie A. ;)

Na początku rutynowa ankieta, niejako uzupełnienie wywiadu z IP (chociaż przydatność wiedzy o wykształceniu rodziców jest dla mnie wciąż zagadką), potem szybkie badanie i zapis KTG. A potem wyszła i miałyśmy czas na plotki. Skurcze dopiero się zaczynały, A. była w dobrym humorze, trochę sobie spacerowała, wskoczyła pod prysznic (do tej nieszczęsnej wanny). Położna zaglądała kilka razy, kontrolując sytuację, na prośbę A. udostępniono jej piłkę i zaczęły się bardzo regularne skurcze. Z zegarkiem w ręku odliczałyśmy czas między kolejnymi – wychodziło, że już co dwie minuty. Po A. widać było, że są coraz boleśniejsze, ale mimo wszystko nie traciła rezonu. W ogóle cały czas była bardzo spokojna i opanowana. W ogóle gdyby nie otoczenie to można było odnieść wrażenie, że spotkałyśmy się na kawce. W żartach rzuciłam, że musi się wyrobić do 14, bo muszę odebrać Tymka z przedszkola… i taki deadline sobie ustaliła. :)

To już?

W pewnym momencie zrobiło się małe zamieszanie, włączył się alarm na KTG, wpadła położna i stwierdziła, że to już za moment. Szybciutko „przerobiła” szpitalne łóżko w to porodowe, pojawili się lekarze, dodatkowa położna i stażystka neonatologiczna. I to był taki ekscytujący moment, już za chwilkę na świecie pojawi się maleńka dziewczynka. Widać było, że A. mocno cierpi, ale miałam wrażenie, że ból ją mobilizuje.
I niesamowita dla mnie sprawa – oglądałam wiele filmów z porodów, nie robiły na mnie większego wrażenia, ale na żywo zobaczyć cud to takie nierealne. Ciężko mi nawet opisać to wzruszenie, przejęcie… Położne stwierdziły, że zbladłam, a ja po prostu nie mogłam uwierzyć, że uczestniczę w czymś tak pięknym!

I co dalej?

A. jeszcze przed porodem poprosiła, żebym nie spuszczała dziecka z oka, żeby nie podmienili. ;) Kiedy pępowina przestała tętnić położne zapytały czy chcę ją przeciąć. I wiecie co? Odmówiłam, bo nie chciałam się wtrącać w ich intymną chwilę, teraz trochę żałuję, bo kto wie czy przytrafi mi się taka okazja ponownie… :)
Potem lekarz neonatolog zabrała dziewczynkę do pokoiku obok zbadać czy wszystko w porządku, była chyba trochę niezadowolona z mojej obecności, więc upewniwszy się, że nie mają jak podmienić dziecka (:D) wróciłam na salę porodową. Miałam wrażenie, że samo badanie bardzo długo trwa, ale to pewnie dla tego, że przed chwilą była bardzo dynamiczna sytuacja, a teraz nastała taka leniwa cisza z płaczem noworodka za ścianą. Po kilku minutach przyniesiono malutką z powrotem i był czas na kontakt skóra do skóry z mamą.

I tu był moment, kiedy dyskretnie zamieniłam się z tatą dziecka na miejsca. Zrobiłam im jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i poszłam po Tymka – bo zapomniałam Wam napisać – N. urodziła się o 14.05! To się nazywa realizacja planu.

I wiecie, co? Marzę o zostaniu położną. Wiem, że ta ścieżka jest już raczej dla mnie zamknięta, ale to wspaniała praca witać na świecie nowych ludzi…

 

Zapisz