Olsztyn

Bywamy czyli… Coffee Station.

By on Październik 29

Na olsztyńskiej mapie pojawiło się ostatnio kilka nowych miejsc. Postanowiliśmy je kolejno odwiedzać w poszukiwaniu kawiarenki idealnej, takiej do której będziemy wpadać na dłuższą kawkę ze znajomymi jak do siebie.
Na pierwszy ogień poszło Coffee Station znajdujące się na Starówce (Prosta 18/22).

Opinie na temat tego miejsca mamy w sumie podobne.

*

„Serce” Coffee Station

Na zdjęciu gdzieś umieszczonym wypatrzyłam, że serwują latte piankowe. Uwielbiam pianki, więc nie mogłam się doczekać wyjścia! Na kawę umówiliśmy się z koleżankami, kiedy dotarliśmy na miejsce dwie z nich już były, przed Asią stała całkiem spora filiżanka cappucino – wyglądała bardzo zachęcająco. Zamówiłam swoją piankową latte, Tomek piernikową. Pozostałe dziewczyny zdecydowały się na latte z musem dyniowym i smoothie.
Wybór menu całkiem spory, przyznam, że nie skupiłam się na nim zupełnie, bo wiedziałam od razu na co przyszłam. ;)
I cóż. Rozczarowałam się. Smakowo w porządku. Latte jak latte. Ale w głowie to „piankowe” urosło mi do rangi ambrozji, wyobrażałam sobie jakoś te pianki bardziej płynne, może lekko podgrzane, sama nie wiem. Rzeczywistość wyglądała tak, że pianki pływały po wierzchu li jedynie (zdjęcia Wam oszczędzę, bo nie wyszło jakoś apetycznie). Na szczęście wieczór uratowała obecność dziewczyn, z którymi się dawno nie widziałam i góra plotek! ;)
Co do samego wnętrza poprawne. Jasne ściany, ikeowe meble, klika nienachalnych dekoracji (wiersze Szymborskiej na półce),wpisujące się w październikowy klimat dyńki. Menu wypisane na tablicowej ścianie (ostatnio wszędzie takie widuję, więc szału już nie robi). I on.
Moje marzenie. Fotel. Tron wymarzony, pięknie obity, no mój taki. Dla niego bym wróciła.
Tymowi też się podobał. :D

ciekawe co chowają za fotelem?

 Brakuje moim zdaniem klimatu. Jakoś tak goło. Zimne światło próbują ratować świeczki na stołach, ale ze słabym efektem. Przyznam, że kilka godzin po powrocie do domu ciężko mi sobie coś więcej przypomnieć.
Byliśmy z Tymciem i zaszła potrzeba przewinięcia go, niestety warunków brak. Bo mimo, że lokal posiada toaletę (niefunkcjonalną i lekko zakurzoną) i wydzielone jakby trzy sale to nie było jak tego zrobić „intymnie”. Wiem, nie ma obowiązku montowania przewijaka w toalecie, a ja nie jestem Anką Muchą i dziecka na stół nie położyłam, a mimo wszystko dałam radę. Ale może właściciele pomyślą o rodzicach intensywniej, bo kącik zabaw dla starszaka jest, ale krzesełka do karmienia już brak.
 Pani, której złożyłam zamówienie na początku nie wzbudziła mojej sympatii, zabrakło mi uśmiechu czy miłego tonu w rozmowie, przy podaniu kawy też jakoś zupełnie neutralnie (może to już kwestia zmęczenia dniem albo tą całą zmianą czasu).

Generalnie miejsce oceniam pozytywnie, ale na razie tam nie wrócę, będę szukać dalej.
W naszej skali oceniam go na:


Zakamarek
Kącik dla maluchów


Nowe miejsce – nowe wrażenia. Na pierwszy ogień, pierwsze wrażenie, czyli:

Wystrój

Stonowanie, spokojnie, miejscami wręcz nawet ubogo. Półeczka z młynkami i obrazkami w tematyce kawiarnianej, worki po kawie leżące w nieładzie w kątach. Stoliki, krzesła, fotele i kanapy mimo, że różne wspólnie współgrały ze sobą decydując o kolejnym kryterium jakim jest…

Klimat

Chyba coś, co najbardziej przyciąga mnie w takie miejsca. Niestety nie tym razem. Nie jestem typem człowieka, który w celach biznesowych spotyka się w kawiarniach, a miejsce to w mojej opinii tak wygląda. Brak ciepła (mimo panującego tam gorąca) nie stwarza atmosfery do wieczornych spotkań ze znajomymi. Coś co spodobało mi się na wejście to mini wieża stojąca na środku lokalu i płyty CD leżące obok w pudełkach – zawsze to lepiej niż radio w głośnikach.

Menu


Jak na kawiarnię dość ubogie i słabo zaprezentowane. Lista ciepłych i zimnych kaw, koktajle, zimne napoje i lista 3 TOP kaw zmieniana co jakiś czas. Dodatkowo kilka ciast, kanapki i sałatki do wyboru stojące w lodówce. Brakowało tylko wielkiego napisu ” Kawa na wynos”. Cena jak na olsztyńską starówkę standardowa – 13 zł za duże latte, choć podobno w tej cenie można dostać kawę i ciastko w innych kawiarniach. Duży plus za spory wybór syropów do kaw w ładnych butelkach stojących na ladzie, pojemniczki z cynamonem i czekoladą do dyspozycji klientów oraz własnoręcznie przygotowywaną bitą śmietaną i syropem z dyni.
 Ja zamówiłem piernikowe latte, którego nazwa jest trochę na wyrost. Zwykłe latte z bitą śmietaną, posypane cynamonem i małym pierniczkiem na środku. Dupy nie urywa.

piernikowe latte

Podsumowując nie jest źle, ale brakuje temu miejscu wyrazistości i czegoś co wyróżni je na tle innych kawiarni pozwalając zapisać je w pamięci „Jeszcze tu wrócę”. Mam nadzieję, że to kwestia czasu, ale na tą chwilę przyznaję jej ocenę:

 

Continue Reading

Tymko

Zęba mam, będę panny rwać!

By on Październik 28

Ale jak je rwać leżąc płasko? Sam urok osobisty może nie wystarczyć!
Zwłaszcza, że sąsiad (starszy, bo starszy) ale pierwsze kroki już stawia!

Co?! Hubiś już chodzi?!

Spoko! Mam już plan!

Tymo w tyle zostać nie może. Wziął się za intensywny trening. Od pół roku dzielnie pracował nad masą – przyszedł czas na rzeźbę.
Obroty z pleców na brzuch to już było za mało, teraz i w drugą stronę się obraca (ku ogromnej uciesze rodziców!). Na wzmocnienie rąk do zestawu ćwiczeń dołączył pompki – najlepiej mu wychodzą kiedy chce zajrzeć przez „ochronne bandy” jaki to akurat serial na laptopie rodzice oglądają.
Od samego rana w ramach rozgrzewki – wspinaczka, a to do włosów mamy, a to na klatę tacie – nie ma spania – jest zabawa.
Nie zapomina Tymko oczywiście o nóżkach, co to mu je wszyscy od za pulchnych wypominali – trenuje, a jak! Głową się zaprze – o ścianę, brzuch mamy, poduszki, co bądź, a nogi w tym czasie dzielnie pracują, z klęczenia w koci grzbiet przechodzi, na paluszkach próbuje stawać wysoko zadzierając pupę, szalony po prostu!

Ostatnio karmienie staje się sportem wyczynowym. Nie uleży spokojnie, nie ma mowy, żeby nakarmić go na rękach, musi leżeć obok, najlepiej na brzuchu, a najszczęśliwszy na czworaka.

Ja za to wyglądam jak ofiara przemocy – skopany brzuch, nerki, posiniaczone ręce (bo czasem za mocno chwyci paluszkami), włosy z głowy mi rwie z zaskoczenia, nos podrapany, dziś ugryzł mnie w palec u stopy…!

Ale i czułość matce swojej okazuje – „całuje” mnie z szeroko otwartą buzią. Najbardziej lubi po twarzy i w pępek. I wiecie? Kocham to! :)

Niestety zdjęć akrobacji nie ma, z uwagi na bezpieczeństwo Tyma, asekuruję go zamiast biec po aparat. ;)

Continue Reading

Tymko

Tu się choruje.

By on Październik 26

W czwartek złapało Tymkowego tatę – nie wiedzieliśmy czy zatrucie czy grypa żołądkowa. Jakoś do siebie doszedł. W piątek Tym zaczął pokasływać. Nad ranem tak się rozszalał z tym kaszelkiem, że w rana pojechaliśmy na pogotowie. Na szczęście osłuchowo czysto, niemniej Tym kaszle, jak nie będzie poprawy to po niedzieli mamy iść do pediatry. I ja się dziś o rana mocno niewyraźnie czułam (bo niewyraźnie to ciągle od 7 tygodni….). Na nogach się nieco słaniałam, bolał mnie żołądek, ale szklanka wygazowanej coli jakoś mnie na nogi postawiła.

Skoro Tym w porządku wybraliśmy się na spotkanie Olsztyńskich blogerów. Całkiem spora grupa się zebrała, będziemy spotykać się częściej.

W drodze powrotnej (a na szczęście blisko do domu mieliśmy) poczułam się po prostu fatalnie.
I teraz wiemy, że to u Tomka była jelitówka – podzielił się ze mną. Cały dzień przespałam, a Tomek przejął opiekę nad Tymim, co ma dziś muchy w nosie.
Oj ciężka to dla nas sobota…

*Dowiedzieliśmy się po pół roku, że dziecko nasze jest nieubezpieczone, bo nie zostało zgłoszone do zakładu pracy swojego rodziciela. Pani w rejestracji bardzo nieuprzejmie nas potraktowała.
No i w sumie wyszła nasza niewiedza. Ale z drugiej strony przecież nie była to pierwsza wizyta u lekarza. I jakoś nikt do tej pory nie zwrócił na to uwagi? Nie wiem o co chodzi, ale po niedzieli musimy się do ZUSu przejechać i wyjaśnić.

A jak tylko dojdziemy do siebie to napiszę o nowych umiejętnościach Tymoteusza, bo uznał chyba, że skoro jest ząb to trzeba się wziąć za tężyznę fizyczną! ;)

Continue Reading

książki

Budujemy wieżę!

By on Październik 20

Książkową wieżę – zachęca do tego Olga. :)
U nas wieża jeszcze nie za wysoka – będzie rosła z Tymem. Na razie są to głównie twarde książeczki – doskonałe do kartkowania małymi rączkami a i dziąsełka miło drapią. ;)

To te moje najulubieńsze!
W naszej biblioteczce koniecznie znaleźć się muszą takie pozycje jak:
ciocia Paulina już obiecała ją Tymisiowi od Mikołaja :)

*

i wymieniać mogłaby jeszcze, jeszcze, jeszcze, bo jest tyle pięknych dziecięcych pozycji…!
A gdyby któraś ciocia, albo wujek poczuli się zainspirowani do zakupów to będziemy się cieszyć :D

Ps: Widzicie to? Tymoszko sam siedzi! ♥

Continue Reading

Ostróda | rodzinnie

Lubię banany!

By on Październik 18

Musiałam załatwić pewne sprawy w Ostródzie, więc spakowaliśmy się z Tymem i pojechaliśmy.
Już nie zliczę, która to nasza wspólna podróż pociągiem, a jeszcze nas coś potrafi zaskoczyć! ;)
Tym razem pan konduktor chodzący co 10 minut do pomieszczenia opisanego jako gaśnica.Było to o tyle kłopotliwe, że w pociągu ciasno, więc wózek blokował dojście. Ale pan widocznie bardzo musiał ochłonąć, albo chodził gasić pragnienia… ;)

Nic to, sprawy udało się szybko załatwić, więc odwiedziliśmy prababcię.
Tymo chyba zdziwiony nieco – jak to kolejna babcia? ;)

Prababcia też w sumie zdziwiona – że Tymo już taki wielki. :)
No i rozsmakował nam się chłopak w bananie. :)

 tylko ten banan niesforny z ręki ucieka!
A dziś jedliśmy gotowaną dyńkę i chyba nawet smakowało, tylko Tym ma za dużo siły w rączkach i zanim kawałek trafił do buzi w zaciśniętej rączce robiła się miazga. ;)

Continue Reading

Olsztyn

Gdy rodzi się…

By on Październik 16

dziecko? E tam. Dziś nie o tym.

Gdy rodzi się myśl w głowie, żeby działać po plecach łażą mi dreszcze, ręce rwą się do działania, nogi pchają się (a może mnie) przed szereg. Po chwili czas na ochłonięcie przychodzi. I dumanie. Jak? Z kim? Czy to ma sens?

Tym razem ma! Bo nie jestem sama z tą nowo narodzoną myślą. U Tomasza też się zrodziła. W sumie w rodzinie nic nie zginie. ;) Tym razem dwoje do pieczenia chleba to mało.
Ale wiecie co się okazało? Że myśl równocześnie zakiełkowała i w innych głowach. A, że w kupie siła wiadomo nie od dziś.

Byliśmy dziś na spotkaniu z olsztyńskimi blogerami. Spotkanie miało charakter luźno zapoznawczy.
I od razu jakoś swojsko się poczułam. A ja z tych nieśmiałych co to Tomka wysyłają żeby zapytał, zadzwonił, załatwił. (A może po prostu jestem mózgiem operacji, a on mocą sprawczą? ;)).
Wpadliśmy spóźnieni (to niestety ostatnio w naszym stylu…), Magda opowiadała akurat o swojej rycerskiej pasji.
Już po chwili dosiadła się do mnie Ula, okazało się, że jeszcze się nie poznałyśmy, a już nawiązałyśmy współpracę (ale o tym więcej wkrótce). Na Awangardowych kanapach siedzieli też pan prof. Czachorowski, którego mieliśmy okazję poznać kiedyś dawno temu na spotkaniu w innej kawiarni, Wiktoria u której podejrzałam Krainę Chichów (przez długi czas była to jedna z moich ulubionych książek!) i Marcin, o akcji którego wspominaliśmy już w poprzednim poście (spodziewaliśmy się z Tomaszem, że Koziołek starszym młodzieńcem jest! ;)).

No i w głowach Uli i Marcina pomysł ten sam co w tomaszowej i mojej głowie. I radość spłynęła na mnie wielka. Bo są ludzie, którzy chcą nie tylko słów ale i czynu. I spotkań. I rozwoju.
No jest moc generalnie!

To tak wszystko na gorąco napisałam, zanim mi emocje opadną i dopadnie zmęczenie.
A o myśli, słowie i czynie na pewno wkrótce więcej.

Continue Reading