ciąża

Ledwie żywa.

By on Luty 28

Tak mnie dzisiejsza noc wymęczyła, że spałam w dzień! Niewiarygodne. I to ze cztery godziny ciągiem. A kiedy się obudziłam lekko spanikowałam, bo mało czasu do warsztatów mi zostało.
Wstawiłam ryż na obiad, w biegu skoczyłam pod prysznic, pomalowałam się, skończyłam obiad (ryż z jabłuszkiem, mniam!), zjadłam, wpadł Tomek z pracy, pobiegł z Ozem na spacer i już musieliśmy jechać na warsztaty.
Samochód totalnie się zbuntował, więc zapadła decyzja, że odpuszczamy zakupy w tesco, a odstawimy już dziś autko na warsztat. Jakoś tak się za dobrze poczułam i zaproponowałam, że podejdziemy w takim razie kawałeczek do biedry i tam zrobimy najpotrzebniejsze zakupy i wrócimy do domu autobusem.
Trochę się przeliczyłam, myślałam, że umrę…! Po drodze pepco zaliczyliśmy i dwie czapki i niedrapki kupiliśmy. Nie wiem czy mi się opatrzyły te niemowlęce ubranka, ale nie mam jakiejś szczególnej potrzeby kupowania. Mało co mi się podoba.
Potem zakupy w biedronce (właśnie sobie uświadomiłam, że nie kupiliśmy czekolady belgijskiej! aj…!) i do domu, po drodze jeszcze miała być apteka, ale jedna się zlikwidowała a druga już była zamknięta.
Dopełzłam na to moje trzecie piętro prawie z łzami w oczach z wysiłku.
Cóż. Następnym razem uważniej muszę mierzyć siły na zamiary, bo jestem w dalszym ciąglu ledwo przytomna z wysiłku.

W związku z tym, że przydrożne apteki zamknięte, Tomek wziął pod pachę psa i poszli do całodobowej (przed wyjściem na warsztaty zjadłam ostatnie Rennie, a teraz zgagę mam nawet po wodzie), dostał misję podpytania się o majtki poporodowe. Wrócił z informacją, że owszem są. W rozmiarach 48,50 52 idt. Skąd mam wiedzieć jaki rozmiar wziąć? T. żartuje, żeby zapytać w aptece czy można przymierzyć. ;)
A poważnie, nie mam pojęcia w jakim rozmiarze mam tyłek. Chyba jutro pomierzę obwody i wyliczę wg tabelek w burdzie… ;)

Jutro Tomek jedzie do Giżycka. Wróci o normalnej porze z pracy, ale przyznam, że odczuwam niepokój wiedząc, że jest 100 km od domu, a ja w razie czego zdana jestem na samą siebie. Chyba zaczynam po prostu panikować… ;)

Continue Reading

Bez kategorii

Na fali…

By on

sukcesu z torebeczką poszłam za ciosem i uszyłam sobie kosmetyczkę na szpitalne potrzeby (czyli wszystko wielkości mini ;)).
Uszyta z ikeowej grubej bawełny, do tego robalkowa aplikacja na rozweselenie:

i kolorowy zamek:

uwielbiam kolorowe zamki :) zapasy się ostatnio uszczupliły, więc trzeba będzie uzupełnić braki.
i jeszcze z mini żelem,  dla oddania jej wielkości (czy raczej małości ;))

dodam, że żel ma pojemność 50 ml, a cała kosmetyczka 15×20 cm. :)

Continue Reading

ciąża

Mów mi sikaczu.

By on Luty 27

W naszym domu rozpleniły się pokemony. Ozi ostatnio dostał takiego ataku kichania, że Tomek obwołał go Kichaczu (od pikaczu ;)), natomiast ja śmiało mogę pretendować do sikaczu.
Już sobie żartujemy, żebym wody w kibelku nie spuszczała za każdym razem, bo splajtujemy. ;)
Prawda jest taka, że piję na potęgę, ciągle mam pragnienie, część wody idzie pewnie w serdelkowe palce, no, ale część wiadomo, wyjść musi ;) Tyle tytułem potrzeb fizjologicznych.

O potrzebach emocjonalnych teraz będzie. Spokoju mi trzeba.
Tomek wrócił dziś do domu z radosną nowiną – pompa chłodnicy w autku do wymiany (wczoraj odebrał samochód od mechanika – jakieś coś ze światłami wymieniane i rura od tłumika spawana), pojechał dziś do Szczytna i na szczęście udało mu się cało wrócić, a mogło być różnie. Ponoć szef T. lekko zielony wysiadł z fordzika po wycieczce z Tomkiem. ;)
Miało być malowanie mieszkania, będzie wymiana pompy. Eh. Eh. Eh. No chyba, że jakiś cud i łaska z nieba na nas spłyną i jakieś zamówienia się trafią i na puszkę farby starczą…

Potrzeby żywieniowe załatwiłam dziś kubkiem chłodniku litewskiego (uwielbiam! czekam na sezon!) i pół litra coli, obiad też całkiem niezły spreparowałam jak na lodówkowe resztki. ;)

Odwiedziły mnie dziś A. i O. obie stwierdziły, że brzuch mam wielki. No też mi się tak wydaje. Ale w sumie naocznie z jakąś ciężarną porównania nie mam ;)
O. jedzie na tydzień na narty w góry, fajnie ma. A. jedzie w weekend do domu prawko odebrać, też fajnie.
A ja jadę jutro na warsztaty. Fajnie…?

W ogóle stwierdzam, że mało o ciąży wiem, tak medycznie w sensie. Lekarz pyta czy miałam robione WR, ja nie wiem co to, więc nie wiem czy miałam, rzuca innymi skrótami, ja coraz większe oczy, on nic nie tłumaczy tylko sam przegląda wyniki, ja w ogólnym wizytowym zaskoczeniu zapominam co sobie miałam posprawdzać w necie.
Innym razem ktoś pyta mnie o jakieś tam szczegóły z usg, ja znów nie wiem. Jakieś AFI, stopnie łożyska, przepływy…
Unikam czytania i szukania informacji w internecie, bo najczęściej trafiam na fora, które wywołują tylko mój niepokój i hipochondryczne zapędy.
Pytanie tylko czy to dobrze, że nie wiem. Nie wiem. Mam nadzieję, że niewiedza nie obróci się przeciwko mnie.
Mam nadzieję, że zaufanie lekarzom wystarczy.

Continue Reading

ciąża

Poszukiwania.

By on Luty 26

Wyżaliłam się i dziś jest lepiej. :)
Wyszłam dziś nawet samodzielnie po zakupy. Zajęło mi to co prawda z 1,5 godziny, pół przesiedziałam na przystanku, bo nogi mnie tak rozbolały, że już nie miałam siły wracać.
Dotleniłam się nieco spalinami, poobserwowałam znudzonych panów robotników (remontują teatr), nabrałam sił i ruszyłam do domu.

Odkryłam, że synuś po każdej szklance soku pomarańczowego ma czkawkę. :)
Ciekawe czy aż tak mu smakuje? ;)

A poszukiwania odnoszą się do szpitalnych koszul. Tanie są paskudne, ładne są drogie, a ja potrzebuję ich tylko na pobyt w szpitalu. W domu nie używam koszul nocnych i nie sądzę żeby mi się to po porodzie zmieniło. Więc chyba przeboleję paskudy i zdecyduję się na najtańsze. W szpitalu i tak nie życzę sobie wizyt, a lekarzy (chyba) grzeje w czym chodzę. ;)

Wiem, że mam jeszcze sporo czasu do porodu, ale chciałabym już mieć na liście wszystko odhaczone i spokojną głowę.

Dziś też udało mi się trochę poszyć i nawet wyszyły 4 sztuki ;) mam nadzieję, że tendencja zostanie wzrostowa. ;)  Puchną mi dłonie i ciężko takimi serdelkami operować, ale to chyba mam w genach, bo zadzwoniłam dziś do mamy się pożalić, a ona na to, że też tak miała ale jeszcze szybciej niż ja, bo od 5 miesiąca. Na wszelki wypadek zaniosę siuśki do badania przed wizytą u lekarza, bo teraz mi nie zlecił, a ja wolę mieć spokojną głowę.

Za chwilę wezmę ciepłą kąpiel, za radą O.m. wypiję napar z meliski i mam nadzieję mężuś mi plecki wymasuje, a ja szybciutko zasnę szczęśliwa ;)

Continue Reading

ciąża

Bleee.

By on Luty 25

Bardzo źle śpię, jak uda mi się zasnąć w okolicach 1 jest dobrze, potem około 3 pobudka na siku, kolejna ok. 5.30-6. Niestety za każdym razem ciężko mi znów usnąć. Miotam się z godzinę w łóżku, rano czasem przysnę czasem nie. Nie chcę budzić Tomka bo musi iść do pracy, więc leżę i patrzę jak świta…
Dziś o 7 miałam już tak dość, że ryczeć mi się chciało. Wstałam przed ósmą i zrobiłam jajecznicę na śniadanie, Tomek zjadł i pojechał do pracy a przede mną wizja całego dnia. Próbowałam odespać, ale jak się kładłam to albo kręgosłup, albo brzuch świrował.
Zrobiłam więc megabałagan wyciągając szycie – w końcu za kilkanaście dni pierwszy jarmark. Tydzień później kolejny. Słabo mi idzie szycie, bo kręgosłup boli, no ale trzeba – pieniążki z nieba nie spadają…

Przez cały dzień udało mi się uszyć 3 sztuki. Lekka załamka. Dobrze, że mamy jeszcze jakieś zapasy z poprzedniego sezonu.

Mam problem z towarzyskością własną. Najchętniej uniknęłabym spotkań z ludźmi. M. miał wpaść wczoraj wieczorem na film, ale z ulgą przyjęłam wieści, że się nie wyrobił i jednak zostanie w domu.
W weekend byli u nas A. i S. i przyznam, że fajnie, że wpadli, nieco się rozruszaliśmy, ale przy nich żyliśmy sobie na luzie, jak z domownikami. A niestety z olsztyńskimi znajomymi nie jesteśmy na takiej stopie, żeby czuć się zupełnie swobodnie (no może poza M.). W reakcjach niektórych odczułam, że nie powinnam mieć prawa czuć się zmęczona, bo przecież cały dzień nic nie robię, że powinnam rzygać tęczą, bo przecież tak bardzo chciałam zajść w ciążę. Boję się, że ta olsztyńska garstka przez tą ciążę i moje humory się przerzedzi, ale z drugiej strony nie mam siły udawać jak się wspaniale czuję.
I nie ma co ukrywać – moje życie ogranicza się ostatnio do brzucha, więc nie ma się czemu dziwić, że to główny temat zaprzątający moje myśli. I doskonale rozumiem, że otoczenie słabo jest tym zainteresowane, więc rozmowy słabo się kleją.
i wracam do punktu wyjścia, że dobrze mi teraz w samotności. No dobra, lepiej mi z Tomkiem – chociaż on już też nie może mnie pewnie słuchać. Na szczęście ma 8 godzinny wentyl ;)

Dziś wyszedł mi post mocno marudny, ale zbliża się pora spania a mnie łapie coraz większy dół z tego powodu… :( Pocieszam się, że już tylko z 6 tygodni.

Continue Reading

ciąża

Szkoła rodzenia?

By on Luty 24

Brzuszysko  mi chyba urosło znów ;)
 Stan z 20 stycznia:

Stan na dziś:

 Jak na miesiąc jest nieźle co?
Niestety pojawiły się rozstępy – wylazło ich sporo pod brzuszkiem – Tomek wypatrzył, jak zobaczyłam w lustrze to troszkę się zasmuciłam… Ale no trudno, widocznie były mi pisane. Zainwestuję chyba w ten olejek BioOil – często go ostatnio reklamują, przekonam się czy ściema czy faktycznie działa.

Rozmyślam intensywnie nad szkołą rodzenia. W sensie czy się zapisać czy się nie zapisywać. Jakiś czas temu bardzo chciałam, pani położna mnie nie chciała (bo za mała ciąża), teraz nie chce mi się. Na myśl, że codziennie musiałabym wyleźć z domu, a potem wracać, iść do ludzi, nie wiem. Jakoś nie. Nie czuję się ostatnio komfortowo. Znalazłam sobie internetową szkołę – głupawo zrealizowana – kojarzy mi się z najnowszymi superprodukcjami TVN – Szpital czy Ukryta prawda, obejrzeliśmy trzy odcinki, ale odpowiedzi na kilka pytań w głowie znalazłam. Boję się też tego, że zapiszemy się, zapłacimy a po pierwszych zajęciach stwierdzimy, że lipa.

No i nie wiem. Co Wy myślicie o szkołach rodzenia?
Potrzebne? Czy raczej fanaberia?

Continue Reading

ciąża

Leniwa sobota?

By on Luty 23

Dzień jakoś tak bez parcia, rozpoczął się chwilkę przed 11 (pomijam nocne spacery na sikanie), chłopaki poszli do piekarni po świeży chlebek na śniadanko – dawno mi tak śniadanie nie smakowało (może kwestia towarzystwa? ;)). Leniwa kawka i pączki i ruszyliśmy w miasto.
Odkryłam, że C&A zlikwidował albo przeniósł w jakieś tajemnicze miejsce dział z ciążowo-namiotowymi ubraniami, na jego miejscu lokując kolekcję XL, niby różnicy prawie nie ma, ale jednak jest. Pojechaliśmy więc piętro wyżej na niubornowe ubranka, ale przyznam, że dupy nie urywają – ani cenowo ani wizualnie, nie wiem czy wpływ na mój osąd ma szeroko zakrojona kampania blogowa KappAhla, ale ubranka stamtąd podobają mi się bardziej. (Jeśli jakaś bogata ciotka chce bezsensownie wydać trochę kasy, to nasz syn szepce mi w pępowinkę, że marzy o trampeczkach stamtąd, o takich:

bo matce rozum podpowiada, żeby się opamiętała ;)).

Następnie poszliśmy na Starówkę na Kroczkowe lody – ale jeszcze zamknięte… :( na szczęście na lodówce była kartka, że do 28 lutego nie czynne, więc liczę, że 1 marca sobie odbiję. Z braku laku skończyło się na koktajlach z greena i spacerowym tempem rozpoczęła się wędrówka do domu. 

Zdyszana i zziajana pokonywałam ostatnie schody a Tomek z S. i Ozem mknęli już w dół na spacer.

Zespołowo dokonaliśmy obiadu, ja się złapałam za ogórki i cóż. Lubię ocet. Lubię ten smak i zapach, nieco zaszalałam doprawiając ;) Ale ostatnio tak mam, albo wychodzi mi zbyt mdłe, albo zbyt octowe.

Pani S. napomknęła nieśmiało o torebeczce, więc od słów do czynów poszło szybciutko i sama jestem zaskoczona, że już i gotowe ;). Efekty zdjęciowe wkrótce.

Niby codziennie brzuszysko moje szanowne widzę, codziennie sapię i dyszę, ale codziennie zaskoczona jestem jak ciężko wciągnąć spodnie na tyłek. Już nawet o skarpetkach nie wspominam. A najbardziej się wkurzam, jak te nieszczęsne spodnie tył na przód założę – a zdarza mi się to ostatnio często…

Skończyłam wreszcie szydełkową firankę do kuchni. Fajnie się ją robiło, ale już mi się nieco dłużyło.
Tu serduszkowy detal, jeśli ktoś ciekawy to klikamy w Nasze niebieskie migdały ;)

Dłonie mi puchną ostatnio więc i robótki wszelkie jakoś tak słabo posuwają się w czasie. Ale cóż, takie ponoć uroki ciąży. Kolejny urok to sny – chore, ale przy tym zadziwiająco realistyczne.
Dziś np. śniło mi się, że pracowałam jako kelnerka z wielkim brzuchem i mega wielkich obcasach, za to Tomek pracował jako spinacz wózków w kerfurze. W tle rozgrywał się jeszcze dramat mieszkaniowy ;)

Usłyszałam w ogóle, że mój blog się fajnie czyta, fajnie to słyszeć, rośnie motywacja do pisania i  może wejdzie mi to w krew na tyle, żeby kontynuować go dalej po skończeniu wyzwania 101 w 101. :)

a i ciągle zapominam!
z całkiem ciekawych wyszukiwań ludzie do mnie trafiają, np:
poduszka cycki – czy to znak, że mam uszyć?
co musi mi dolegać żeby lekarz wystawił zwolnienie – mi dolega ciąża, ale nie wiem czy to satysfakcjonuje poszukiwacza ;)

Continue Reading

Bez kategorii

Szydełkowa firanka.

By on

O.m. jakiś czas temu pokazała szydełkową serwetkę, pozazdrościłam jej umiejętności wykonania filetu, zawzięłam się i już też umiem.
Oczywiście nie mogłam zacząć od serwetki – musiałam z grubej rury – firankę do kuchni. Naukę rozpoczęłam dzień przed walentynkami, więc serduszka same się nasunęły.
Poglądowo zdjęcia nocą i za dnia:

detal serduszkowy:

Muszę przyznać, że taki filet to nic trudnego (przynajmniej w tak prostym wzorze) i przybywa całkiem szybko.

Technicznie:
Wzór: własny – może ktoś ma ochotę skorzystać:

romby to pełne kratki ;)
Szydełko: 2,5 mm
Kordonek: jakiś rosyjski z zasobów, poszły 2 kłębki
Wymiary: 60×90 cm

Continue Reading