ciąża | poród | życie prywatne

Cud narodzin

By on Październik 4

Rodzimy?

Moja przyjaciółka zapytała czy będę z nią przy porodzie. Bez wahania się zgodziłam. Od narodzin Tymka to temat, który mnie interesuje, byłam też ciekawa jak to wygląda, kiedy rodzi ktoś inny.
Niestety los nam spłatał psikusa, bo wody odeszły jej w nocy, mój telefon zaszwankował i nie przekazał połączeń od niej, z resztą maluch urodził się ekspresowo, więc mogłabym nie zdążyć dojechać. No trudno, grunt, że mama i dziecko całe i zdrowe. :)

Continue Reading

poród

Wspomnienia szybko się zacierają.

By on Kwiecień 11

Przyznam, że w słowa, że szybko się zapomina ciężko było mi uwierzyć. Ale prawda jest taka, że dziś – 5 dni po samego  bólu nie pamiętam i mogłabym rodzić znów za jakiś czas, mimo, że na sali zaklinałam się, że nigdy więcej, a nawet, że mogą mi podwiązać jajowody, bo w ciążę już nigdy nie zajdę. ;)

Zaczęło się od tego, że lekarz na obchodzie powiedział, że do porodu nie wyjdę. Załamka, ale nie mam na to wpływu. Wieczorem na salę przyszła położna i stwierdziła, że z patologii przenoszą nas piętro niżej na ginekologię, bo na oddziale położniczym brakuje miejsc i muszą salę zwolnić.
Krążyła w ogóle plotka, że w całym Olsztynie nie ma miejsc i że rodzące odsyłają do Biskupca.
Pośmiałyśmy się z koleżankami z sali z tego, ogóle zrobiło się na tyle wesoło, że przyszła położna i nas ochrzaniła, że to nie kolonie. :)
Przed czwartą odeszły mi wody. Stałam sobie w mokrych dresach w szoku, koleżanka pobiegła po położną, ta powiedziała, żeby zadzwonić po Tomka i się spakować. Zadzwoniłam, szok zaczął mijać, humor wrócił, pożartowałyśmy sobie z dziewczynami, przyszła położna i znów mnie ochrzaniła, że ona nie ma czasu na mnie czekać i  kazała się szybciej pakować. Podjechała wózkiem, a ja kładę torby na wózek, ona patrzy na mnie jak na wariatkę i mówi, że ja mam usiąść. A ja, że mam mokre spodnie… :)

Zawiozła mnie na trakt, tam położna kazała się rozłożyć, znalazłam sobie suche majtki, już się mam przebierać, a ona na to, że nie – że tu już się bez majtek występuje.
Kazała mi się położyć, podłączyła ktg i kazała odwołać męża, bo to jeszcze kilkanaście godzin.
Tu mi humor znów się zepsuł. Po 2 godzinach ktg odłączyła i pozwoliła iść pod prysznic.
Po 8 przyszedł lekarz i mnie zbadał. Okazało się, że szyjka jest cofnięta, długa, a rozwarcia brak. Zapowiadało się kilkanaście godzin, więc pozwolili mi zjeść śniadanie.
Po 10.30 przyszło dwóch lekarzy i znów mnie zbadali. Nie dokładnie pamiętam co robili, ale tłumaczenie zapamiętałam jako „zeskrobanie błon płodowych”? W każdym razie włożyli jakąś rurę, coś tam podrapali, poświecili światełkiem i stwierdzili, że czarne włoski. Wszystko strasznie bolało, ogarnęła mnie panika i ściągnęłam Tomka. Położna powiedziała, że jak będę chodzić to rozwarcie będzie większe. Łaziłam więc w kółko po sali, po jakimś czasie zrobiło się 1,5cm i dostałam pozwolenie na 30 min, prysznica.
Wszystko słabo szło, więc dostałam oksytocynę i ktg na stałe. Zaczęło cholernie boleć, sama nie wiedziałam czy chcę leżeć czy stać, położna zaproponowała piłkę, ale miałam wrażenie, że na niej było jeszcze gorzej. Ok. 13 znów przyszli lekarze, było 2 cm rozwarcia i zapytali czy chcę zzo. Oczywiste, że chciałam. Upewniali się czy na pewno, ściągnęli anestezjologa. Ten wytłumaczył, co zrobi, kazał się położyć i leżeć nieruchomo, bo będzie wbijał igłę i nie wolno mi się ruszyć. Może pamiętacie, że pisałam, że panicznie się tego bałam. I faktycznie, leżałam tak skulona dwa skurcze, ale z tej paniki ani drgnęłam. Nie bolało. Czułam dziwne rozpieranie, potem zimno idące po plecach. Miało zacząć działać za ok. 15 min. W tym czasie rewelacyjny pan anestezjolog uczył mnie oddychać. Nie szło mi, ale był bardzo cierpliwy. W ogóle sposób w jaki do mnie mówił działał mega uspokajająco.

Znieczulenie zaczęło działać, musiałam leżeć, bo nogi jeszcze nie skumały o co chodzi, skurcze przychodziły jeden za drugim, a ja czułam się coraz dziwniej. Jak bym była ostro nawalona. Nie kontrolowałam za bardzo co się ze mną dzieje, podsypiałam między skurczami. Nie pamiętam z tego czasu w sumie nic.Nie wiem ile razy byłam badana, w końcu lekarze zadecydowali, że będę przeć.
Mi było wszystko jedno. Jak do mnie mówili, kazali otwierać mi oczy czy ich słyszę.
Zaczęłam przeć i chyba ze dwa czy trzy razy się wydarłam, ale anestezjolog znów mi wytłumaczył, że zamiast krzyczeć lepiej przeć. Nie wiem ile to trwało, pamiętam, że zapytali czy chcę dotknąć główki. Nie chciałam, teraz w sumie nie wiem dlaczego. Pamiętam, że mnie chwalili, że dobrze prę.
Położna zapytała czy zgadzam się na nacięcie – ja jak nawalona, wymęczona, co za różnica – wtedy było mi już wszystko obojętne. Mówili, że nie będzie bolało, bo na skurczu, ale poczułam taki ból, że aż krzyknęłam. Potem kazała nie przeć przez chwilę i przypomniało mi się ze szkółki rodzenia jak oddychać kiedy nie wolno przeć, więc znów mnie pochwalili. A po chwili widziałam już wynurzającego się Tymka. I takie ogromne zdziwienie mnie ogarnęło. Przez myśl przeszło, że nie znam żadnej kołysanki.

Położyli mi go na brzuchu, po chwili położna wcisnęła Tomkowi nożyczki i kazała przeciąć pępowinę (a on wcześniej mówił, że nie chce), z zaskoczenia przeciął. :)

Zostało jeszcze łożysko. Tu przepraszam za obrzydliwość, ale mnie to zaskoczyło. Pani położna ciągnęła łożysko za pępowinę i mówi, ze muszę przeć, bo się urwie. Wyszło i spadło jej na podłogę.
Ale nic tam, niezrażona podniosła obejrzała czy całe i po sprawie.
Zostało szycie. Trochę dyskomfortu, bałam się, że będzie gorzej.

I zostaliśmy na dwie godziny tulenia. Od tej pory byłam już totalnie zakochana w moim syneczku i aż mi było głupio, że bałam się, że pomyślę, że jest brzydki czy że go nie pokocham… :)

Jestem bardzo zadowolona z lekarza – dr Jabłońskiego, niestety robi dopiero specjalizację, bo bardzo chętnie zapisałabym się do niego jako mojego ginekologa. Za podejście, humor, wyrozumiałość.
Razem z nim pojawiał się też dr Mariak – go oceniam dużo gorzej, miałam wrażenie, że najchętniej zrobił by cc, żeby było szybciej i z głowy.

No i mój idol – anestezjolog dr Miller. Za głos, spokój, opanowanie. A do tego przypominał mi Alana Rickmana (a to mój ulubiony aktor) i nawet mu o tym w majakach powiedziałam. ;)

Za to wielka porażka pani salowa, która przyszła sprzątnąć salę, jeszcze kiedy na niej leżeliśmy. Weszła z tekstem – jaka rzeźnia. Że tyle krwi na ziemi to ona jeszcze nie widziała. No cóż. Przyjemniej się od razu zrobiło… ;)

***
Była dziś u mnie położna – jestem bardzo zadowolona z jej wizyty, jutro może więcej napiszę, bo i tak posta piszę już od rana. ;)
No i z zusem się wyjaśniło – Tomek był dziś. Z 1 marca zmienił się właściciel mojego Empiku i w związku z tym jakieś zawirowania z dokumentami się zadziały. I ponoć wpłynęły dopiero dziś. I już wszystko w porządku. Tylko czas na wypłatę mają do 30 dni. Rewelacja… ;/
Najwyżej nam prąd odłączą… ;)

Continue Reading

ciąża | poród

Stresik.

By on Kwiecień 2

Jutro kolejna wizyta w poradni patologii ciąży. Stresuję się nieco czy mi się te nieszczęsne wody zmniejszają. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

A do tego trochę stresu w związku z mocno słabą sytuacją finansową. Czekam na 10 z utęsknieniem, bo kasa topi się szybciej niż śnieg (o co teraz w sumie nietrudno…), na szczęście były święta i lodówka jakoś zaopatrzona, bo już na pieniężnych oparach jedziemy. Z tego powodu wolałabym, żeby Tymek jeszcze te kilka dni w brzuchu posiedział, bo obawiam się jakichś niespodziewanych wydatków po porodzie, a rodziców o pomoc prosić nie mam sumienia.

Żeby stresy odpędzić i czas czymś zająć realizuję wielkoformatowy projekt heksagonowy – czyli szyję sobie ręcznie kapę na nasze łóżko. Radochę sprawia mi to wielką i sama jestem zaskoczona, że tak chętnie szyję ręcznie, bo w przypadku przytulanek staram się możliwie wszystko zszywać na maszynie, a tu zszywam sobie sześcianki ręcznie (a format to będzie ok. 180x200cm) :).

Muszę przypomnieć Tomkowi, żebyśmy spróbowali zamontować fotelik w samochodzie, żeby po porodzie umiał to zrobić na szybko.
Ze spraw, które muszę zrobić jeszcze przed to plan porodu. Niby o tym pamiętam, a jakoś zabrać się nie mogę. No i przepakować torbę, ale to razem z Tomkiem, tak żeby wiedział w razie W gdzie co jest.
A. No i przygotować ubranka na wyjście dla siebie i Tymka.
Nie mamy takiego typowo zimowego kombinezonika, mamy jakiś welurowy gruby, ale nie wiem czy będzie wystarczający z kocykiem… A teraz przecież bez sensu kupować taki noworodkowy…
Zimo idź sobie!

Continue Reading

ciąża | poród

Czy to już dziś?

By on Marzec 29

Od wczoraj wieczorem czuję się jakoś nieswojo.
Brzuch mi się stawia, ale nie są to bóle jak przy okresie, bardziej jak by Tymek rozpychał się we wszystkie strony. Poszłam dziś do sklepu zielarskiego po tą osławioną herbatkę z liści malin, przy okazji zrobiłam zakupy obiadowe. Odczuwałam w trakcie wędrówki kłucie w dole brzucha.
Tylko przy tym wszystkim jestem jakaś bardzo spokojna i radosna, więc nie wiem czy to może być już.

Dla ewentualnego wzmocnienia efektu wyszorowałam kuchenkę, zlew i szafkę w kuchni, na więcej zabrakło mi czasu, bo wrócił Tomek. Zaraz jeszcze przejdziemy się na pocztę, bo znalazłam w skrzynce awizo, a dziś ostatnia szansa przed świętami żeby odebrać paczkę, a przy okazji spacer i schody może dzieciaka zmotywują. Wczoraj mu obiecałam, że jak się uwinie sprawnie to i prezent od zajączka dostanie. ;)

Żal mi tylko zaplanowanego na jutro wyjścia na targ po zakupy warzywno-świąteczne, gdyby jednak dziś miało się coś zadziać, bo uwielbiam tam chodzić! ;)

Herbatka jedna dziś wypita, nie powiem, żeby smak był rewelacyjny, ale jak poród ma być lżejszy to się poświęcę ;)

Continue Reading

ciąża | poród

Już w domu.

By on Marzec 21

W poniedziałek wydawało mi się, że odeszły mi wody. Zadzwoniłam po Tomka i pojechaliśmy do szpitala. Zostałam przyjęta, trafiłam na trakt porodowy. Ktg, jakieś mini skurczyki wychodziły, a sali obok kobieta rodziła dziecko. Urodziła. A my czekaliśmy. Po 4 godzinach pojawiła się pani doktor i rezydentka, zbadały mnie. Rezydentka dała czadu tak, że prawie mi łzy płynęły, potem usg. Stanęło na tym, że fałszywy alarm. Zostałam na noc na patologii ciąży – miałam wyjść rano. Rano zdecydowano o kolejnym usg, lekarz nawrzucał mojemu ginowi (że ciąża wcale nie donoszona, że to, że duża masa wcale nie wyklucza wcześniactwa, że chyba nigdy przy porodzie nie był, itd.) o samym badaniu nic mi nie powiedział. Lekarz na wieczornym obchodzie powiedział, że rano mnie wypuszczą. Na porannym ktg skurcze trochę się rozszalały (co 5-7 min 80-90%) ja ich nie czułam. Na obchodzie lekarz stwierdził, że zostaję na obserwacji, bo z usg wychodzi wielowodzie (AFI 27), ale dzieciaczek waży 3109 i im wychodzi 37t4 dz. Zapytałam o to wielowodzie, ale lekarz powiedział, że będzie konsultacja to się dowiem. O 15 na ktg znów jakieś malutkie skurcze. Położna powiedziała, że chyba zaczyna się coś dziać, ale poczekamy do wieczora. Na wieczornym cisza. Tymek za to tak szalał, że godzinę musiałam leżeć, bo co chwila gubiło się tętno. ;)
Rano na obchodzie kolejny lekarz przejrzał kartę i mówi, że idę do domu. Zapytałam o to wielowodzie znów, ale mówi, że jestem umówiona na przyszłą środę do poradni patologii ciąży to mnie tam o wszystkim poinformują. Przykazał nie oddalać się za bardzo od domu, bo teraz może się zacząć w każdej chwili. Też mi nowość… ;)
No i w sumie tyle. Trochę nerwów, że aż tyle musiałam tam siedzieć, ciężko uzyskać jakiekolwiek informacje.
Plus jest taki, że zwiedziłam trakt, oswoiłam się z tym miejscem i przyznam, że w ogóle mnie nie przeraża. :) Wiem też, że muszę nieco przeorganizować torbę szpitalną. W sensie logicznej ją (a właściwie je!) spakować, bo teraz się trochę miotałam.
A. Kolejnym plusem jest też to, że dziś na 3 tygodnie do sanatorium pojechała położna, która przy moich 4 wizytach na izbie przyjęć była meganiesympatyczna, więc jest nadzieja, że się wyrobię i z nią nie spotkam. ;)
W międzyczasie urodziła koleżanka z sali. Śliczną dziewuszkę 4kilową, a jak na nią patrzyłam to taka maleńka się wydawała! Szok. Dziewczyna miała cesarkę, jej mąż po 2 godzinach zawołał nas na oględziny i przyznam, że byłam szczerze zdziwiona jak ona się dobrze trzyma! Potem kilka razy zajrzałyśmy jeszcze do niej i miała się całkiem nieźle. Dziś była już po pionizacji i stwierdzam, że jeśli trafi mi się cesarka, to może nie będzie tak źle.
Ogólnie te kilka dni w szpitalu oswoiło moje różne dziwne lęki. Nawet badanie ginekologiczne przy 6 osobowej widowni już nie robi na mnie specjalnie wrażenia – wiadomo, komfortowo nie jest, ale jak mus to mus.
Sporo studentów krążyło po oddziale i generalnie sporo uciechy nam zapewniali. ;) A to wielka duma dziewczyny z pobranej krwi (aż piątkę koleżance przybiła po wyjściu z sali), a to chłopak nieogarniający ktg (położył mi na brzuchu te „słuchawki” i odpala, zadziwiony, że się nie trzyma brzucha – mówię mu, że zapomniał o pasach, a on na to, że tu nie potrzebne ;)), czy dziewczyny zmieniające pościel z taką powagą i pietyzmem jakby do trumny ją układały. ;) Ale przynajmniej kulturą się wyróżniali na tle większości położnych (oczywiście było kilka rewelacyjnych babeczek – ale większość obrażona, że musi przyjść i coś przy nas zrobić), zawsze pukali przed wejściem do sali, witali się, pytali czy mogą zrobić to i to, a nie jak część położnych – „da rękę do ciśnienia”, „brzuch odsłoni”… Bez komentarza.

Ok. a teraz idę ogarnąć trochę domową rzeczywistość, nadrobić zaległości na Waszych blogach i przede wszystkim odespać! ;)

Continue Reading

ciąża | poród

Jeszcze nie dziś.

By on Marzec 15

Dziś nie urodziłam. Chociaż samopoczucie mam takie, że już mi obojętne czy urodzę dziś, jutro czy pojutrze. Zmęczenie i niepokój tak mi się dają we znaki, że nawet ten rok macierzyńskiego nie jest dla mnie tak atrakcyjny….

Jutro Tomek ma urodziny. Tymoszek byłby niezłym prezentem co? ;)

Skończyliśmy oglądać dziś wirtualną szkołę rodzenia. Na tą realną ostatecznie się nie zdecydowaliśmy. I dobrze, bo okazuje się, że pewnie byśmy jej nawet nie skończyli. Wirtualna słabo mi się podobała, Tomka bawiła, ale jakieś tam przydatne informacje w głowie na pewno zostały.

Sprawa, która zaprząta mi głowę od wczoraj to znieczulenie.
Wizja igły w kręgosłupie jest dla mnie na dziś bardziej przerażająca niż same bóle porodowe.
I nie chcę tu wyjść na jakiegoś chojraka, bo nigdy nie rodziłam, ale na ten moment będę chciała spróbować rodzic bez znieczulenia. Obawiam się tylko sytuacji, w której stwierdzę, że już nie mogę a będzie za późno na zzo. I co wtedy?

Dolargan wydawał mi się optymalnym rozwiązaniem, bo w żyłę, ale poczytałam, o skutkach i nie chcę naćpać dziecka na start (bo co jak mu się spodoba? ;)).

A Wy na co postawiłyście? Zzo? Dolargan? Bez znieczulenia?

Continue Reading

ciąża | poród

Jedenasty.

By on Styczeń 11

To jest jedenasty dzień kaszlu.Brzuch mam cały obolały.
Z suchego na kilka dni zmienił się w mokry, znów jest suchy, a ja ledwo żyję…

Dziś o wadzie.
Wad mam kilka. Tomek uważa, że największe aktualnie to upór i despotyczność. Może coś w tym jest.

A wada, którą przedstawię to wada wzroku. I w sumie brak konsekwencji.
Okulary nosić powinnam od nie wiem jak dawna. Powinnam. Ale nie noszę, bo mi niewygodnie, nie tak, no jakoś się nie składa.
Aktualnie mam trzy pary – po to żeby właśnie któreś mieć na nosie, ale nawet do zdjęcia nie mogłam znaleźć jednej pary – czyli przy okazji wychodzi moje bałaganiarstwo… ;)

i mam pytanie do mam – czy można rodzić w skarpetkach?
to pytanie chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. A zastanawiam się nad tym, dlatego, że żeby czuć się komfortowo muszę mieć na nogach skarpetki. Do tego najlepiej jakieś śliczne. :)
A jeśli mogę mieć to muszę zacząć poszukiwania tych idealnych – w końcu nie przywitam syna w byle czym ;)

Tak sobie rozmyślam o tym zbliżającym się porodzie i jakoś nie czuję strachu. Większy lęk wzbudza we mnie połóg.

Wyprawkę maluszka mamy częściowo skompletowaną – w naszym odczuciu zostały do skolekcjonowania pierdoły ;)
i rzeczy dla mnie. ale tego jakoś na razie nie ogarniam ;)

Continue Reading